Kolekcjonerskie motto

"Trzeba marzyć tak, jakby się miało żyć całą wieczność i żyć tak, jakby się miało umrzeć jutro." [James Dean (1931-1955)]

14 cze 2011

Letnie umilacze? Puma kontra Salvador Dali

Zupełnie przypadkiem ;) udało mi się upolować flakony letnich zapachów:
Puma - Woman Limited Edition i Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques.
Oba zapachy powstały w roku 2006 i oba miały być w podobnym lekkim, wakacyjnym klimacie.


Ale....
Pojawia się to przebrzydłe ale ;)


Tak jak Salvador Dali S&S jest trwały i przyjemny, tak Puma WLE jest nietrwała i bylejaka.
S&S wprawia w radosny nastrój i jest miłym towarzystwem dla nosiciela, a Puma drażni, przeszkadza, powoduje natychmiastową potrzebę 'prysznicowania'.


Przyznam się Wam szczerze, że ja bardzo lubię perfumy :D
Wszelkie! Odnajduję się w wielu kategoriach zapachowych, przy testach nie poddaję się łatwo, nawet brzydkim (dla mnie) zapachom daję niezliczone szanse, jeśli tylko sa ciekawe.
A Puma niestety nie jest. Zawiodła w tym przypadku na całej linii.
Nie chcę krytykować tu wszystkich produktów Pumy, [bo kilka wytworów tej firmy lubię ;)
ale o nich innym razem], tylko ten jeden niewydarzony egzemplarz, który miałam "przyjemność" przetestować.


Teraz już przechodzę do rzeczy:


Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques - porzeczkowo-cytrusowe otwarcie śmieje się do nas całą gębą, z dalekim podtekstem morelowej skórki. Jest owocowo: wiadomo, pora kompotów, ciast, sorbetów. Początkowo jest naprawdę apetycznie :)
Uwalniające się po chwili nuty wodne i kwiatowe rozmywają kompozycję, tworzą wrażenie mokrych pociągnieć pędzla, jak w akwareli. Zapach mimo to jest lekki i harmonijny.
Baza płynnie łączy się z tu sercem: dochodzą nuty drzewne (cedrowe i mszyste) i delikatnie cieliste, czyste piżmo. Jak na letnią wodę trwałość na plus, cztery do pięciu godzin.

 



Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques
Rok produkcji: 2006
Nos: Michel Almairac
Nuty zapachowe:
głowy: kumkwat, morela, czarna porzeczka;
serca: frezja, lotus, lilia wodna;
bazy: nuty drzewne, ambra, piżmo.


Natomiast Puma - Woman Limited Edition, to jakieś kompozycyjne nieporozumienie :(
No niby czuję cytrusy na słodko w otwarciu. I niby dalej pokazuje się coś kwiatowego. I chyba to ma piżmową bazę.... Chyba, bo z tej mieszaniny syntetycznych składników ciężko mi cokolwiek wyłowić. Sztuczność i nijakość do kwadratu. Trwałość ma znikomą, ale w tym przypadku to zaleta, prawda? ;]



Puma - Woman Limited Edition:
Rok produkcji: 2006
Nuty zapachowe:
głowy: mandarynka, yuzu;
serca: jaśmin, lotus;
bazy: ambra, piżmo.



[Zdj. mojego autorstwa, z 'rodzinnego' albumu]

11 cze 2011

Czerń czy cień: Reminiscence Paris - Noir

Dziś parę słów o firmie Reminiscence Paris i jej Czarnym zapachu.

W 1970 roku Zoe Coste i Nino Amaddeo otwierają pierwszy sklep i kreują pierwsze zapachy: Patchouli, Ambre i Musc. Firma nie odnosi jakiegoś zabójczego sukcesu, ale zdobywa wiernych fanów i oddanych wielbicieli sztandarowych zapachów. Powoli się to zmienia. Obecnie na powodzenie firmy pracują założyciele wraz ze swoimi dziećmi. Powstaje coraz więcej pachnących kompozycji i projektów biżuterii. Niszowa firma staje się coraz bardziej popularna.


"Od czasu powstania w roku 1970 Reminiscence tworzy wspaniałe zapachy i piękną biżuterię. Produkty te mają symbolizować radość życia i poszukiwania wewnętrznego piękna. Każdy w wytworów firmy jest fascynującym dziełem sztuki, które budzi w odbiorcy magiczne uczucia i marzenia o dalekich podróżach, aby odkryć głęboką więź Reminiscence z Naturą i Pokojem."

[Serdecznie polecam zapoznanie się ze stroną firmową. Prawdziwa perełka!]


Poznaję czasem takie zapachy, które 'odbierają' mi rozum, oszałamiają swoim pięknem, dopasowują się do mnie, jak druga skóra. A przede wszystkim odbierają mi mowę ;)
Takie jest Noir. Zawładnęło moimi myślami i marzeniami już po pierwszym teście. Wywołało gorące pragnienie posiadania flakonu - już, zaraz, natychmiast!
Marzenie przy najbliższej nadarzającej się okazji spełniłam :D
No i miałam swoje upragnione, wymarzone mililitry.
Miałam, bo już widać dno :(((




Zapach jest niesamowity. Otwiera się gorzko i ziołowo, i taki zostaje już do końca.
Dziękuję losowi, że żadne świdrujące cytrusy nie atakują mnie w otwarciu. Bergamotka i cytryna są raczej skórzaste i cierpkie. Eukaliptus 'powiewa' charakterystyczną świeżością kropli do inhalacji, a elemi i galbanum nadają żywicznego akcentu. Po trzęsieniu ziemi w otwarciu napięcie może już tylko rosnąć :D
Do zacnego grona dołącza paczula i drewniane nuty. O jacie! Teraz jest pięknie: jakby połączyć kapliczkowo-drewniane, przykurzone Ceremony Normy Kamali z jej morderczym, utopionym w labdanum Incense ^love, love, love^!
Nie wyłapuję róży, za to wdzięczny, lekko pudrowy fiołek pokazuje swe najpiękniejsze oblicze. Wanilia z bazy próbuje osłodzić kompozycję, ale udaje jej się to średnio ;] To jakby próbować osłodzić kubek kawy trzema kryształkami cukru... Na zakończenie, powoli, powoli dochodzą do głosu kadzidlane obłoki przesuwające się delikatnie nad skórą i coraz wyraźniejsze labdanum. I kiedy wszystkie nuty już wybrzmią, zapach przytula się do nosiciela i trwa sobie jeszcze parę ładnych godzin.

I kiedy noszę Noir zadaję sobie tytułowe pytanie: czerń czy raczej cienie?
Przyznaję, że oprócz pięknego czarnego kartonowego opakowania:



zapach z czernią i nocą ma niewiele wspólnego. Jest to raczej twór na pograniczu światła i cienia, umykający przed dniem, ale jeszcze nie należący do nocy. Jest to taki cień, który chciałby być mrokiem, ale ma w sobie zbyt wiele radości i słonecznych promyków :D
Szkoda, że jest tak mało znany.
Albo może i dobrze??






Rok powstania: 2009
Nos: Jacques Flori
Poetycki spis nut :D za stroną producenta:
Nuty głowy: kalabryjska bergamota, sycylijska cytryna, chiński eukaliptus, rosyjska kolendra, indonezyjskie elemi, zielone galbanum z Iranu
Nuty serca: różane i fiołkowe nuty, cedr, indonezyjska paczula, drewna z Marakeszu
Nuty bazy: somalijskie kadzidło, hiszpańskie labdanum, somalijski opoponaks, indyjski sandałowiec, piżmo, burbońska wanilia

[Zdjęcia mojego autorstwa, z 'rodzinnego albumu']

10 cze 2011

Coś pięknego :)


Bywają takie dni, że nie chce mi się pachnieć, nie chce mi się testować, nie chce mi się poznawać....
W tych dniach zabieram do torby aparat i lecę w miasto - moje miasto z wyboru.

Wczoraj był właśnie taki dzień. Ochłodziło się i słońce tylko z rzadka wyglądało zza chmur. Otaczały mnie pastelowe barwy, kontury rozmywały się - jak to po deszczu, powietrze było wilgotne i świeże.... Kwitnące lipy odurzały swoim niesamowitym aromatem :)
Łaziłam więc i pstrykałam.


No i muszę, "muszę, bo inaczej się uduszę ;)" podzielić się z Wami tymi wrażeniami.






  









Tak było :D
Pięknie było.



[zdj. mojego autorstwa, Nürnberg 2011]

7 cze 2011

Rodzeństwo Eryo od Yves Rocher

Nie zdarza się często, żeby młodsza, odświeżona wersja zapachu była lepsza od swojego pierwowzoru.
Także moi dzisiejsi bohaterowie nie stanowią wyjątku.

Rodzeństwo Eryo od Yves Rocher wpada w utarty schemat:
starszy brat jest orientalno-drzewnym zapachem z jajem ;)
jego młodszy odpowiednik to rozcieńczona wersja w tonacji Blue.

Eryo z 2002 roku to zapach uwodziciel z klasą. Jest męski i zdecydowany na wszystko :)
Ale - jak to uwodziciel - potrafi zaskoczyć słodyczą i delikatnością.
Najważniejsze, że zawsze zdąża do celu. Tylko to się liczy - schwytanie kolejnej ofiary w taki sposób, aby ta się nie zorientowała. I możecie mi wierzyć, baaaardzo trudno jest mu się oprzeć.
Rozpoczyna się interesującą mieszanką mięty i bergamotki, ale to trwa tylko ułamek sekundy. Jak podanie drinka przed grą wstępną ;) Dalej kusi kamforowo-cytrynowym, gorzkim aromatem rozmarynu. Zaczyna być swojsko, przytulnie, domowo. Końcówka jest rozgrzewająca, namiętna, wybuchająca wręcz żywicznymi sokami i waniliową słodyczą. Towarzyszy im paczula w kakaowym wydaniu i świdrujący w nosie świeżo starty imbir - pikantny akcencik na zakończenie miłego spotkania.



Miałam miniaturę, wypiłam do dna.


Eryo Blue młodsze dziecię z roku 2004 zostało chyba stworzone w pośpiechu...
Niby męskie, niby nuty podobne, ale opowiada już zupełnie inną historię.
Jedynie otwarcie jest zbliżone - ta sama bergamotka i mięta, ale od razu w towarzystwie nut wodnych. Wody zbiera się coraz więcej i więcej.... Jest to woda morska, dość słona, gorzkawa, w tle delikatna paczula i cedr. Cedr jest syntetyczny, chemiczny, niespympatyczny po prostu.
Taka mi się wizja jawi:
sezonowy podrywacz w wieku powyżej średniej krajowej ;) leży sobie na brzegu morza, napływające fale łaskoczą go w owłosiony tors. Sól osadza się na skórze i kąpielówkach ze sztucznego materiału.
Facecik popija sobie miętową herbatę, wyławia z wody patyczki, coś tam sobie z nich majstruje licząc na zaciekawione spojrzenia przechodzących lachonów.
Ech, żenada.




Perfidnie zmuszam męża do używania, żeby flakon trafił do kolekcji :D
Mąż na szczęście się nie skarży ;) Ale zaobserwowałam, że na nim nie ma aż tyyyyle wody i soli. Zapach jest po prostu lekki i drewniany.
Cuda chemii skóry :)



Yves Rocher Eryo
Rok powstania: 2002
Nuty zapachowe:
głowy: bergamotka, mięta
serca: szałwia
bazy: paczula, imbir, benzoin, wanilia


Yves Rocher Eryo Blue
Rok powstania: 2004
Nuty zapachowe:
głowy: bergamotka, mięta
serca: akordy wodne
bazy: paczula, biały cedr


[Zdj. 1 i 2 mojego autorstwa]

6 cze 2011

Obcy w limitowanym wydaniu

O klasycznych Obcych pisałam już TU.
Dziś chcę naszkicować obraz wersji limitowanych.
Od roku 2008 wyszły 4 wersje letnich Alienów:

2008 - Alien Eau Luminescente EDT
Nos: Dominique Ropion
Nuty zapachowe: mandarynka, tahitańska tiare, białe piżmo.





2009 - Alien Sunessence EDT Legere
Nuty zapachowe: cytryna, ambra, jaśmin, akordy słoneczne, wanilia, cashmeran, zielone nuty.




2010 - Alien Sunessence Edition Saphir Soleil EDT
Nuty zapachowe: różowy grejpfrut, owoc pomelo, kwiat monoi, biały bursztyn.




2011 - Alien Sunessence Edition Or d`Ambre EDT
Nos: Dominique Ropion
Nuty zapachowe: kiwi, tonik, wanilia, orchidea Stanhopea, ambra, akordy drzewne.





W swoim zbiorku posiadam/posiadałam 3 wcześniejsze wersje, brakuje mi jeszcze odmiany tegorocznej. Bardzo mi brakuje ;D
Zastanawiam się jednak nad zakupem, bo po pierwszym teście doszłam do wniosku, że tegoroczna wersja podoba mi się najmniej.


Alien Eau Luminescente EDT jest ślicznie mandarynkowy, słodki i soczysty. Ale trudno zaprzeczyć, że to Alien. Jest chyba najbardziej podobny do swego pierwowzoru. Delikatniejszy - tak, bardziej owocowy - tak, ale to Alien. Rewelacyjna trwałość jak na wodę toaletową.

Alien Sunessence EDT Legere - zdecydowanie cytryna i zdecydowanie cashmeran :D
Jest orzeźwiająco, jest słonecznie, jest drzewnie. Za to jest jakby najmniej Aliena w Alienie. Moim zdaniem ta wersja to najtrafniejsze połączenie zawartości z kolorem flakonu :)  To mój faworyt.

Alien Sunessence Edition Saphir Soleil EDT - to odmiana Aliena dla miłośników świeżości i morskich klimatów. Na początku wyczuwam świetnie oddany różowy grejpfrut i gorzką skórę pomelo. Ślina już mi cieknie, a dalej jest lepiej :D Jaśmin znany z klasyka (czy może kwiat monoi?)  nie jest już kilerem, ale po prostu pięknym bukietem. Baza jest wyjątkowa, coś na kształt morskiego powietrza podczas letniego popołudnia, lub drewna wyrzuconego przez morze i dobrze wysuszonego przez promienie słoneczne.

 
Alien Sunessence Edition Or d`Ambre EDT - tej postaci Aliena jestem najmniej przychylna. Może dlatego, że testowałam tylko jeden raz? Test pewnie powtórzę i sprawdzę, czy znów zemdli mnie od kwiatowo-waniliowej słodyczy. Nie doświadczyłam kiwi, nie było gorzkich tonikowych bąbelków. Za to było słodko i mdło w nadmiarze. Gdzieś tam spod kopca waniliny wyglądał Alien, ale jakiś taki niewyraźny ;)


To moje flakony:
wyczerpane wersje 2008 i 2009, z odrobiną jeszcze 2010 :D





Tradycyjnie już zapraszam do testów :)
I proszę o trzymanie kciuków w intencji "spodobania" mi się tegorocznej wersji ;)


[Zdj. 1-8 ze strony fragrantica.com]
[Zdj. 9-11 moich butelek]

Rozdanie płynnych marzeń

Bardzo miła wiadomość z rana.
Sabbath rozdaje na swoim blogu pachnące marzenia :)
Są to zestawy próbek: 




Więcej szczegółów u autorki:

Sabbath of Senses


Polecam gorąco, bo zapachy Sonoma Scent Studio są wyjątkowe i więcej niż warte poznania :D

3 cze 2011

Nie wszystko złoto, co się świeci

Marzyłam o flakonie :D
No tak, nic nowego. I mam.
I.... czuję się oszukana :(

Zacznę może od początku.
W roku 2009 marka La Prairie splata ulubione kobiece metale w pachnącą kolekcję: Life Threads. Platyna, Złoto i Srebro ukazują różne oblicza kobiecości....

Mamy więc Srebro (Silver) -  kwiatowo-drzewny zapach, w którym cytrusowe nuty głowy zostały połączone z kwiatowymi  nutami serca i ciepłymi, zmysłowymi nutami bazy.

Jest Złoto (Gold) - uwodzące orientalno-przyprawowymi nutami i słodkim aromatem owoców.

I ostatnia Platyna (Platinum) - łącząca eleganckie szyprowe nuty z luksusowymi kwiatami i skórzanymi niuansami.





Wspaniała kolekcja, która daje kobiecie możliwość dopasowania zapachu do każdego nastroju i każdej okazji; kolekcja, którą zamknięto w prostych, szklanych flakonach, oplecionych ręcznie srebrną, złotą, bądź platynową metalizowaną nicią.

Tyle teorii i materiałów prasowych.

Rzeczywistość, jak to często bywa, nie pokrywa się nawet w połowie z pięknymi założeniami :]
Flakony są ładne z daleka czy na zdjęciach. W bezpośrednim kontakcie tracą wiele. Szklana jest tylko wewnętrzna część, w której znajduje się płyn. Na to wcisnięty jest plastikowy kaftanik, a pod nim nici. Wątpliwej jakości. Metalowa tabliczka z nazwą plus atomizer są ok. Ale plastikowy koras to dopełnienie nieszczęsnego wyglądu. Flakon wydaje się bardzo nieporęczny. Tak bardzo czekałam na moją butelkę i tak bardzo się rozczarowałam :(





O zapachach Srebra i Platyny nie mogę nic napisać, bo ich nie znam.
Przetestowałam natomiast z niemałą ciekawością Złoto.
I tu moje kolejne rozczarowanie.
Miał być uwodzący orient i słodkie owocowe aromaty. Widziałam w spisie nut goździki, śliwkę, cynamon, paczulę i kadzidło! Czyli to wszystko, co najbardziej mnie w zapachach pociąga :D
Wietrzyłam wielkie dzieło i niezapomniane emocje.
No... to już się domyślacie, że tak nie jest??

Otwarcie jest krzykliwe i błyszczące, jak nowobogacka paniusia obwieszona złotymi łańcuchami. Trzy pierwsze sekundy zadziwienia - to Poison przecież!
Ale po chwili już nie, Gold jest dużo słodsze i delikatniejsze. Jakby Poisonowi oderwać jaja :]
Paniusia zabiera swoje złotka i idzie się bawić na inne podwórko, a nam towarzyszy wiejskie dziewczę, młode jeszcze, nieśmiałe trochę....
Dziewczę zabrało ze sobą kosz piknikowy, w którym ma trochę skarbów aby przełamać lody: słodką, dojrzałą śliwkę, soczystą mandarynkę, w drewnianym moździerzu odrobinę cynamonu i goździków, jakąś więdnącą różę i bukiecik konwalii. Posiedzi z nami trochę, pokręci się... Wciąż jeszcze czuje się niepewnie.... Przeniesie się na chwilkę na omszałego pniaka i zniknie....

Nie wiem, czy tylko ja mam pecha, czy zapach zachowuje się tak na wszystkich?
Wybucha z niezwykłą mocą, pokręci się chwilę na skórze i ucieka w popłochu.
Chciałabym aby potrwał dłużej, chciałabym móc przyjrzeć mu sie dokładniej. Chciałabym móc go wąchać!
Żałuję, bo zapowiadało się ciekawie.


Rok powstania: 2009
Nos: Constance Georges-Picot
Nuty zapachowe:głowy: mandarynka, śliwka, goździki
serca: pieprz, cynamon, kolendra, japońska róża, konwalia, ylang - ylang
bazy: cedr, paczula, mirra, wanilia, kadzidło


[Zdj. 1 ze strony fragrantica.com]
[Zdj. 2 mojego flakonu]

2 cze 2011

Coś miłego

Dziś dla odmiany parę miłych słów.

Mieliśmy święto. Państwowe. I kościelne.
Dzień wolny w każdym razie.
Wykorzystałam go w pełni: 
- było 'byczenie się' z bliskimi w domowych pieleszach :D
- było dobre jedzonko:



- była miła i kształcąca wycieczka do Neustadt an der Aisch:









To był naprawdę udany dzień.
Życzę sobie i Wam, aby jak najwięcej dobrych, udanych dni było przed nami :)



[zdj. moje zabawy z aparatem]

1 cze 2011

Sprawa brzydko pachnąca

Miałam nadzieję, że blog mój będzie poświęcony wyłącznie pięknym szkiełkom i zapachom.
Niestety, bardzo śmierdzaca sprawa wstrząsneła bloggerskim światem.

Dokładnie rzecz całą opisała Sabbath na swoim blogu:

http://sabbathofsenses.blogspot.com/2011/05/bardzo-nieprzyjemna-sprawa.html

Proszę, przeczytajcie uważnie!

I zareagujcie, jeśli potraficie.



W dzisiejszych czasach często idzie się "po trupach".
Jeśli jednak zostawia się za sobą drogę usłaną trupami sympatyków i przyjaciół, po dotarciu do celu można się lekko zdziwić :]
Bo jak świętować sukces samotnie?? Przecież to żaden SUKCES!!!



[zdj. ze strony świat-obrazków.pl]

30 maj 2011

Obcy po raz pierwszy

Wracam dziś do przerwanego cyklu Muglerowego.

Pora na natarcie Obcych.

Alien - w wersji EdP to pierwsza odsłona zapachu.




Zaklęty w fioletowym kamieniu skarb nie z tego świata.
Czarodziejski, uwodzicielski, piękny.... taki jest Obcy dla mnie :D
Otwiera się szalejącą międzyplanetarną burzą kwiatową, błyskiem supernowej - świetlistej, drewnianej.
Zostaje paczulowo-ambrowo-słodki, jak swojska Droga Mleczna.
Jest bliski i daleki.
Jest zapachem tyranem i sługą.
Jest mój i nie mój jednocześnie....




Dziś już zaliczany do klasyki perfumiarstwa, ma chyba tyle samo miłośniczek i przeciwniczek.

Rok powstania: 2005
Nosy: Dominique Ropion i Laurent Bruyère
Nuty zapachowe:
Głowy: jaśmin, kwiat pomarańczy, róża, truskawka, czekolada, nuty zielone,
Serca: biała ambra, nuty cytrusowe, orchidea, bergamotka, kokos, konwalia, paczuli,
Bazy: drewno kaszmirowe, drewno sandałowe, wanilia, karmel, ambra, białe piżmo.


Cztery lata później pojawiają się w rodzinie kolejni bracia: Alien Eau de Toilette




oraz Alien Liqueur de Parfum





Alien EdT to lżejsza, w otwarciu zdecydowanie bardziej owocowa wersja klasyka.
Mieszanka mandarynek i innych cytrusów nadaje zapachowi lekkości, soczystości, dalej dopełniają go białe kwiaty i jaśmin podbity paczulą, tak dobrze znany z wersji EdP.
W bazie mamy ciepłą ambrę i cashmeran (magiczną cząsteczkę chemiczną imitującą zapach nieistniejącego drewna kaszmirowego).
Całość jest zgrabna, przyjemna, choć nie tak zachwycająca jak wersja EdP.
Ma natomiast jedną przeważającą zaletę: jest zdecydowanie trwalsza! Mniej eskpansywna, mniej ogoniasta, ale trwalsza :)
Od wersji EdP odróżnia ją także flakon - ten sam kształt, ale kolor jest jasno-fioletowy, prawie przejrzysty.


Rok powstania: 2009
Nuty zapachowe:
Głowy: mandarynka, cytrusy,
Serca: jaśmin, białe kwiaty, 
Bazy: biała ambra, cashmeran.


Ostatnia wersja na dziś to Alien Liqueur de Parfum.
O zawartości butelki informuje nas na wstępie piękna miodowa barwa perfum. Butelka jest bezbarwna.
Pomysł na wersję likierową jest podobny do sprawdzonego patentu w Angelu. Polega na leżakowaniu perfum w drewnianych beczkach i dodaniu nut alkoholowych (wspominałam o tym TU ).
Alien odpoczywa w beczkach z drewna dębowego, nabiera rumowego charakteru i zdecydowanej migdałowej nuty.
Na mojej skórze jest duuuuużo szłodszy niż klasyk, prawie zatraca jaśminowy charakter na rzecz migdałów, rumu i słodyczy.
Jest ulepkowaty, gęsty, mam wrażenie, że mogłabym pokroić go nożem ;)
Jest też najmniej trwały, niestety.
Lub pora roku mu nie sprzyja ;)


Rok powstania: 2009
Nuty zapachowe: rum, kwiat pomarańczy, ambra, jaśmin, nuty drzewne, wanilia, migdały.









[Zdj. 1,2,9 mojej kolekcji]
[Zdj. 3,4, 5,6, 7 i 8 ze strony fragrantica.com]

27 maj 2011

Flowerparty 2011 - krótka radość

Przyznaję, mam ostatnio 'fazę' na zapachy Yves Rocher :D
Każdą nowość muszę przetestować, a najlepiej od razu mieć.
Tym razem skusiła mnie limitowana edycja zapachu Flowerparty.




Flowerparty Limited Edition to radosna, świeża kompozycja. Owocowy koktajl, szalony taniec radości.
Zapach oddaje lekkość i czar letniego dnia. Tak, on taki jest naprawdę.
Otwiera się soczystą mieszanką mandarynki i cytryny z dodatkiem kwaśnego jabłka.
Znacie to uczucie, kiedy kosztując jakiś kwaśny owoc, Wasze ślinianki 'kurczą się'  i odmawiają na chwilę współpracy?? Tak dzieje się także w pierwszych sekundach zachłyśnięcia się zapachem FLE.
Po pierwszym cytrusowym szoku dochodzi do głosu słoneczna nuta serca 
z dojrzałą, soczystą brzoskwinią i różą ogrodową skąpaną w kroplach rosy.
Przez cały czas trwania zapach jest wilgotny. Nawet zmysłowa, piżmowo-drewniana baza przywodzi na myśl aromat spoconego podczas opalania ciała wylegującego się na drewnianym pomoście nad jeziorem ....

Trzeba tylko mieć niezłe tempo w wąchaniu i wyobrażaniu sobie tego wszystkiego, bo zapach jest ulotny i krótkotrwały, jak popołudnie u schyłku lata....
Jedna do dwóch godzin i czar pryska. Pozostaje miłe wspomnienie.

Żałuję, że po wielkich (nie waham się tego słowa użyć) dziełach jak: Nature Millenaire, Neonatura Cocon czy Neblina lub Venise przyszła pora na maleńkie 'dziełka'. Urocze - owszem, ale jakieś 'niedorobione', pozostawiające niedosyt, rozczarowanie i żal.....


Za to flakonik - mały gadżet, powoduje nieustannego banana na mojej twarzy :D






Rok powstania: 2011
Nos: Philippe Romano
Nuty zapachowe:
głowy: cytrusy, jabłko,
serca: róża, brzoskwinia,
bazy: piżmo, jasne drewna



[Zdj. 1 ze strony genuss.de]
[Zdj. 2,3,4 moja zabawa z IrfanView]