Kolekcjonerskie motto

"Trzeba marzyć tak, jakby się miało żyć całą wieczność i żyć tak, jakby się miało umrzeć jutro." [James Dean (1931-1955)]

30 cze 2011

Baldessarini

Jakiś czas temu przeżywałam perfumeryjną 'fazę ambrową'. Poszukiwałam zapachu z ambrą, który najlepiej odpowiadałby moim wyobrażeniom i najładniej współgrał z chemią mojej skóry.
Dziś jeszcze nie zdradzę, kto został ówczesnym faworytem ;) ale przedstawię Wam jednego z kandydatów w towarzystwie swego ciekawego krewnego.

Tytuł zdradza już dzisiejszych bohaterów :D

Bardzo krótkim słowem wstępu - Werner Baldessarini był projektantem mody u Hugo Bossa, później także kierował zarządem. Od jego nazwiska nazwę wzięła luksusowa linia mody męskiej i kosmetyków.
W 2006 roku Hugo Boss odsprzedaje Label Baldessarini najpierw Wernerowi Baldessariniemu, a on z kolei firmie  Ahlers AG.
Licencję zapachową natomiast posiada koncern Procter&Gamble, a kompozycje tworzą w stajni Firmenich: Jean-Marc Chaillan, Pierre Wargnye i Alberto Morillas.

Mnie zainteresowały dwa zapachy:
Baldessarini - Ambre i Baldessarini - Strictlly Private.
Oba męskie, oba luksusowe, oba w kategorii orientalnej. Oba podobają mi się i oba mogłabym nosić... ale jakoś nie chcę ;)
Producent kieruje je wyłącznie do męskiej części publiczności, i nawet jeśli nie przejmuję się podziałem na zapachy damskie i męskie, i nawet jeśli te dwa przyjemnie mi się testowało, odczuwam pewien 'zgrzyt całościowy'.
No po prostu nie wyglądam tak:


ani tak:

  

Parę wrażeń z testów:
BA - jest od początku słodki. Sok mandarynkowy lepi się do skóry, sok jabłkowy lekko orzeźwia. Po takim przyjemnym początku ostra, dosadna nuta skóry i fiołkowy akcent jak z Grey Flannel mogą odrzucić lub zniechęcić, ale wystarczy dać zapachowi trochę czasu, pięknieje z każdą upływającą minutą. Labdanum dokłada trochę goryczki, która przeplata się z waniliową słodyczą i ambrową mlecznością.
Po kilku godzinach zostaje baza z kwaskowo-ziemistego mchu dębowego i ambry.
Zapach jest 'niby' ambrowy i właściwie go lubię, ale miejsca na podium nie znalazł ;)

Natomiast BSP początkowo jest wytrawny, przyprawowy. Wyraźnie łupie w nos pokruszonym różowym pieprzem i suszoną bazylią. Kwaśna, skórzasta bergamotka, wilgotny wetiwer i paczula dają wrażenie 'ziemi po deszczu'. Bardzo przyjemne wrażenie :D Ale stopniowo zaczyna się uwalniać mega porcja słodyczy. Robi to dziwne wrażenie po raczej gorzkawym wstępie. Im dalej w las tym słodziej i drzewniej. Cedr przysłania całą widoczność, a ambra z wanilią  po prostu się scukrzają :/
Jeśli mam szczęście i doczekam do końcówki, udaje mi się wyłapać parę gorzkawych, żywicznych nutek.
Częściej jednak decyduję się na zmianę zapachowego repertuaru ;) niż na wielogodzinne trwanie w pudrowej słodyczy.


Zapachy są fajne, ciekawe, serdecznie polecam do testów.

A flakony mam obydwa :D





Baldessarini Ambre
Rok powstania: 2007
Nos: ze stajni Firmenich
Nuty zapachowe:
głowy: mandarynka, czerwone jabłko,
serca: fiołek, skóra,
bazy: labdanum, wanilia, ambra, mech dębowy.


Baldessarini Strictly Private
Rok powstania: 2009
Nos: ze stajni Firmenich
Nuty zapachowe:
głowy: bazylia, bergamotka, jałowiec, różowy pieprz,
serca: wetiwer, paczula, absolut różany, żywica
bazy: wanilia, ambra, cedr.


 

[zdj. 1 i 2 z materiałów reklamowych]
[zdj. 3 i 4 moich flakonów]

29 cze 2011

Jak mieszkają moje kosmetyki?

Czy już uporałam się ze stratą? To retoryczne pytanie ;)

Aby zająć głowę i ręce czymś przyjemniejszym postanowiłam odpowiedzieć na zaproszenie Sabbath i opowiedzieć trochę o moich magazynach :D

O kolorowych kosmetykach nie będzie nic, bo pod tym względem jestem jeszcze większą minimalistką niż Sabb :)

Za to próbkowo-odlewkowe pudła są lekko przepełnione:




Cztery pudełka po tiramisu ;) + blaszanka po mozartowych kulkach :D

Większe odlewki i lakiery mieszkają w pudle po zestawie Versace:




W podobnym pudle, tylko po Angelu, mieszkanie swoje mają balsamy i żele:




Natomiast pełnowymiarowe flakony ukryte są w boxach z Ikei:


Pięknie to nie wygląda, ale jest wygodne :)
A najważniejsze - flakoniki ukryte są przed ciekawskim wzrokiem i dostępem światła.

Wnętrze boxów przykładowo wygląda tak:





Z radością i ogromną ciekawością zobaczę zbiory:

Darli - Tempt Me Now
Dominki - Pachnące Blogowanie  
Wiedźmy z Podgórza - Pracownia Alchemiczna

Zapraszam do zabawy :D

28 cze 2011

Raport strat

Dziś będzie na smutno.

Wróciłam z rodzinnego domu... Z pięknej rodzinnej uroczystości... Z udanych odwiedzin u znajomych...
Bez przesady mogę napisać: było cudownie.

I pewnie wspominałabym ten wyjazd jako najmilsze wydarzenie roku, gdyby nie 'mały incydent', który urósł w moich oczach do rangi 'tragedii sezonu'.
Otóż - w Polsce czekało na mnie kilkadziesiąt różnych flakonów: pustych, pełnych, używanch. Nowych - kupionych dla poznania zapachu, używanych - wygranych w licytacji, pustych - wyżebranych po znajomych, wymienionych na wizażu czy dostanych od Bardzo Dobrych Dusz.
Jechałam do mamy z wielką niecierpliwością! Na miejscu już - rozrywałam wszystkie koperty i paczki w radosnym amoku, aby dostać się jak najszybciej do cudnej zawartosci. Nie mogłam wprost nacieszyć oczu. Oczywiście od razu, na "szybciocha" porobiłam zdjęcia :D
Aby móc podzielić się tą ogromną radochą z innymi pozytywnie zakręconymi ;)

Tu powody mojej radości:





i zarazem powody mojej rozpaczy :(((

Bo wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy po powrocie do domu okazało się, że kartonów z flakonami nie ma! Przeszukiwania auta, garażu, toreb, walizek, siatek i worków nie przyniosły żadnego rezultatu. Kartonów brak :(
Błyskawiczny telefon do rodziny w PL: pomocy, szukajcie....!
I po czasie odpowiedź: nie ma, nic nigdzie nie zostało....

Nie mam pojęcia kiedy, jak i gdzie dwa wielkie puda zostały wessane przez trzeci wymiar.

Morze wylanych łez już powoli obsycha, dwie nieprzespane noce za mną. Powoli dociera do mnie świadomość, że większości perełek już pewnie nigdy nie znajdę :(

Wiem, to tylko szkiełka.
Ale to moja druga miłość!


Niniejszym chciałam serdecznie podziękować wszystkim BDD za Wasze dobre serca i przeprosić za to rozczarowanie.




Czarna owca mówi: dziękuję!




[zdjęcia mojego autorstwa, colaże wykonane przy użyciu programu picasa3]

14 cze 2011

Letnie umilacze? Puma kontra Salvador Dali

Zupełnie przypadkiem ;) udało mi się upolować flakony letnich zapachów:
Puma - Woman Limited Edition i Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques.
Oba zapachy powstały w roku 2006 i oba miały być w podobnym lekkim, wakacyjnym klimacie.


Ale....
Pojawia się to przebrzydłe ale ;)


Tak jak Salvador Dali S&S jest trwały i przyjemny, tak Puma WLE jest nietrwała i bylejaka.
S&S wprawia w radosny nastrój i jest miłym towarzystwem dla nosiciela, a Puma drażni, przeszkadza, powoduje natychmiastową potrzebę 'prysznicowania'.


Przyznam się Wam szczerze, że ja bardzo lubię perfumy :D
Wszelkie! Odnajduję się w wielu kategoriach zapachowych, przy testach nie poddaję się łatwo, nawet brzydkim (dla mnie) zapachom daję niezliczone szanse, jeśli tylko sa ciekawe.
A Puma niestety nie jest. Zawiodła w tym przypadku na całej linii.
Nie chcę krytykować tu wszystkich produktów Pumy, [bo kilka wytworów tej firmy lubię ;)
ale o nich innym razem], tylko ten jeden niewydarzony egzemplarz, który miałam "przyjemność" przetestować.


Teraz już przechodzę do rzeczy:


Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques - porzeczkowo-cytrusowe otwarcie śmieje się do nas całą gębą, z dalekim podtekstem morelowej skórki. Jest owocowo: wiadomo, pora kompotów, ciast, sorbetów. Początkowo jest naprawdę apetycznie :)
Uwalniające się po chwili nuty wodne i kwiatowe rozmywają kompozycję, tworzą wrażenie mokrych pociągnieć pędzla, jak w akwareli. Zapach mimo to jest lekki i harmonijny.
Baza płynnie łączy się z tu sercem: dochodzą nuty drzewne (cedrowe i mszyste) i delikatnie cieliste, czyste piżmo. Jak na letnią wodę trwałość na plus, cztery do pięciu godzin.

 



Salvador Dali -  Sea & Sun in Cadaques
Rok produkcji: 2006
Nos: Michel Almairac
Nuty zapachowe:
głowy: kumkwat, morela, czarna porzeczka;
serca: frezja, lotus, lilia wodna;
bazy: nuty drzewne, ambra, piżmo.


Natomiast Puma - Woman Limited Edition, to jakieś kompozycyjne nieporozumienie :(
No niby czuję cytrusy na słodko w otwarciu. I niby dalej pokazuje się coś kwiatowego. I chyba to ma piżmową bazę.... Chyba, bo z tej mieszaniny syntetycznych składników ciężko mi cokolwiek wyłowić. Sztuczność i nijakość do kwadratu. Trwałość ma znikomą, ale w tym przypadku to zaleta, prawda? ;]



Puma - Woman Limited Edition:
Rok produkcji: 2006
Nuty zapachowe:
głowy: mandarynka, yuzu;
serca: jaśmin, lotus;
bazy: ambra, piżmo.



[Zdj. mojego autorstwa, z 'rodzinnego' albumu]

11 cze 2011

Czerń czy cień: Reminiscence Paris - Noir

Dziś parę słów o firmie Reminiscence Paris i jej Czarnym zapachu.

W 1970 roku Zoe Coste i Nino Amaddeo otwierają pierwszy sklep i kreują pierwsze zapachy: Patchouli, Ambre i Musc. Firma nie odnosi jakiegoś zabójczego sukcesu, ale zdobywa wiernych fanów i oddanych wielbicieli sztandarowych zapachów. Powoli się to zmienia. Obecnie na powodzenie firmy pracują założyciele wraz ze swoimi dziećmi. Powstaje coraz więcej pachnących kompozycji i projektów biżuterii. Niszowa firma staje się coraz bardziej popularna.


"Od czasu powstania w roku 1970 Reminiscence tworzy wspaniałe zapachy i piękną biżuterię. Produkty te mają symbolizować radość życia i poszukiwania wewnętrznego piękna. Każdy w wytworów firmy jest fascynującym dziełem sztuki, które budzi w odbiorcy magiczne uczucia i marzenia o dalekich podróżach, aby odkryć głęboką więź Reminiscence z Naturą i Pokojem."

[Serdecznie polecam zapoznanie się ze stroną firmową. Prawdziwa perełka!]


Poznaję czasem takie zapachy, które 'odbierają' mi rozum, oszałamiają swoim pięknem, dopasowują się do mnie, jak druga skóra. A przede wszystkim odbierają mi mowę ;)
Takie jest Noir. Zawładnęło moimi myślami i marzeniami już po pierwszym teście. Wywołało gorące pragnienie posiadania flakonu - już, zaraz, natychmiast!
Marzenie przy najbliższej nadarzającej się okazji spełniłam :D
No i miałam swoje upragnione, wymarzone mililitry.
Miałam, bo już widać dno :(((




Zapach jest niesamowity. Otwiera się gorzko i ziołowo, i taki zostaje już do końca.
Dziękuję losowi, że żadne świdrujące cytrusy nie atakują mnie w otwarciu. Bergamotka i cytryna są raczej skórzaste i cierpkie. Eukaliptus 'powiewa' charakterystyczną świeżością kropli do inhalacji, a elemi i galbanum nadają żywicznego akcentu. Po trzęsieniu ziemi w otwarciu napięcie może już tylko rosnąć :D
Do zacnego grona dołącza paczula i drewniane nuty. O jacie! Teraz jest pięknie: jakby połączyć kapliczkowo-drewniane, przykurzone Ceremony Normy Kamali z jej morderczym, utopionym w labdanum Incense ^love, love, love^!
Nie wyłapuję róży, za to wdzięczny, lekko pudrowy fiołek pokazuje swe najpiękniejsze oblicze. Wanilia z bazy próbuje osłodzić kompozycję, ale udaje jej się to średnio ;] To jakby próbować osłodzić kubek kawy trzema kryształkami cukru... Na zakończenie, powoli, powoli dochodzą do głosu kadzidlane obłoki przesuwające się delikatnie nad skórą i coraz wyraźniejsze labdanum. I kiedy wszystkie nuty już wybrzmią, zapach przytula się do nosiciela i trwa sobie jeszcze parę ładnych godzin.

I kiedy noszę Noir zadaję sobie tytułowe pytanie: czerń czy raczej cienie?
Przyznaję, że oprócz pięknego czarnego kartonowego opakowania:



zapach z czernią i nocą ma niewiele wspólnego. Jest to raczej twór na pograniczu światła i cienia, umykający przed dniem, ale jeszcze nie należący do nocy. Jest to taki cień, który chciałby być mrokiem, ale ma w sobie zbyt wiele radości i słonecznych promyków :D
Szkoda, że jest tak mało znany.
Albo może i dobrze??






Rok powstania: 2009
Nos: Jacques Flori
Poetycki spis nut :D za stroną producenta:
Nuty głowy: kalabryjska bergamota, sycylijska cytryna, chiński eukaliptus, rosyjska kolendra, indonezyjskie elemi, zielone galbanum z Iranu
Nuty serca: różane i fiołkowe nuty, cedr, indonezyjska paczula, drewna z Marakeszu
Nuty bazy: somalijskie kadzidło, hiszpańskie labdanum, somalijski opoponaks, indyjski sandałowiec, piżmo, burbońska wanilia

[Zdjęcia mojego autorstwa, z 'rodzinnego albumu']

10 cze 2011

Coś pięknego :)


Bywają takie dni, że nie chce mi się pachnieć, nie chce mi się testować, nie chce mi się poznawać....
W tych dniach zabieram do torby aparat i lecę w miasto - moje miasto z wyboru.

Wczoraj był właśnie taki dzień. Ochłodziło się i słońce tylko z rzadka wyglądało zza chmur. Otaczały mnie pastelowe barwy, kontury rozmywały się - jak to po deszczu, powietrze było wilgotne i świeże.... Kwitnące lipy odurzały swoim niesamowitym aromatem :)
Łaziłam więc i pstrykałam.


No i muszę, "muszę, bo inaczej się uduszę ;)" podzielić się z Wami tymi wrażeniami.






  









Tak było :D
Pięknie było.



[zdj. mojego autorstwa, Nürnberg 2011]

7 cze 2011

Rodzeństwo Eryo od Yves Rocher

Nie zdarza się często, żeby młodsza, odświeżona wersja zapachu była lepsza od swojego pierwowzoru.
Także moi dzisiejsi bohaterowie nie stanowią wyjątku.

Rodzeństwo Eryo od Yves Rocher wpada w utarty schemat:
starszy brat jest orientalno-drzewnym zapachem z jajem ;)
jego młodszy odpowiednik to rozcieńczona wersja w tonacji Blue.

Eryo z 2002 roku to zapach uwodziciel z klasą. Jest męski i zdecydowany na wszystko :)
Ale - jak to uwodziciel - potrafi zaskoczyć słodyczą i delikatnością.
Najważniejsze, że zawsze zdąża do celu. Tylko to się liczy - schwytanie kolejnej ofiary w taki sposób, aby ta się nie zorientowała. I możecie mi wierzyć, baaaardzo trudno jest mu się oprzeć.
Rozpoczyna się interesującą mieszanką mięty i bergamotki, ale to trwa tylko ułamek sekundy. Jak podanie drinka przed grą wstępną ;) Dalej kusi kamforowo-cytrynowym, gorzkim aromatem rozmarynu. Zaczyna być swojsko, przytulnie, domowo. Końcówka jest rozgrzewająca, namiętna, wybuchająca wręcz żywicznymi sokami i waniliową słodyczą. Towarzyszy im paczula w kakaowym wydaniu i świdrujący w nosie świeżo starty imbir - pikantny akcencik na zakończenie miłego spotkania.



Miałam miniaturę, wypiłam do dna.


Eryo Blue młodsze dziecię z roku 2004 zostało chyba stworzone w pośpiechu...
Niby męskie, niby nuty podobne, ale opowiada już zupełnie inną historię.
Jedynie otwarcie jest zbliżone - ta sama bergamotka i mięta, ale od razu w towarzystwie nut wodnych. Wody zbiera się coraz więcej i więcej.... Jest to woda morska, dość słona, gorzkawa, w tle delikatna paczula i cedr. Cedr jest syntetyczny, chemiczny, niespympatyczny po prostu.
Taka mi się wizja jawi:
sezonowy podrywacz w wieku powyżej średniej krajowej ;) leży sobie na brzegu morza, napływające fale łaskoczą go w owłosiony tors. Sól osadza się na skórze i kąpielówkach ze sztucznego materiału.
Facecik popija sobie miętową herbatę, wyławia z wody patyczki, coś tam sobie z nich majstruje licząc na zaciekawione spojrzenia przechodzących lachonów.
Ech, żenada.




Perfidnie zmuszam męża do używania, żeby flakon trafił do kolekcji :D
Mąż na szczęście się nie skarży ;) Ale zaobserwowałam, że na nim nie ma aż tyyyyle wody i soli. Zapach jest po prostu lekki i drewniany.
Cuda chemii skóry :)



Yves Rocher Eryo
Rok powstania: 2002
Nuty zapachowe:
głowy: bergamotka, mięta
serca: szałwia
bazy: paczula, imbir, benzoin, wanilia


Yves Rocher Eryo Blue
Rok powstania: 2004
Nuty zapachowe:
głowy: bergamotka, mięta
serca: akordy wodne
bazy: paczula, biały cedr


[Zdj. 1 i 2 mojego autorstwa]

6 cze 2011

Obcy w limitowanym wydaniu

O klasycznych Obcych pisałam już TU.
Dziś chcę naszkicować obraz wersji limitowanych.
Od roku 2008 wyszły 4 wersje letnich Alienów:

2008 - Alien Eau Luminescente EDT
Nos: Dominique Ropion
Nuty zapachowe: mandarynka, tahitańska tiare, białe piżmo.





2009 - Alien Sunessence EDT Legere
Nuty zapachowe: cytryna, ambra, jaśmin, akordy słoneczne, wanilia, cashmeran, zielone nuty.




2010 - Alien Sunessence Edition Saphir Soleil EDT
Nuty zapachowe: różowy grejpfrut, owoc pomelo, kwiat monoi, biały bursztyn.




2011 - Alien Sunessence Edition Or d`Ambre EDT
Nos: Dominique Ropion
Nuty zapachowe: kiwi, tonik, wanilia, orchidea Stanhopea, ambra, akordy drzewne.





W swoim zbiorku posiadam/posiadałam 3 wcześniejsze wersje, brakuje mi jeszcze odmiany tegorocznej. Bardzo mi brakuje ;D
Zastanawiam się jednak nad zakupem, bo po pierwszym teście doszłam do wniosku, że tegoroczna wersja podoba mi się najmniej.


Alien Eau Luminescente EDT jest ślicznie mandarynkowy, słodki i soczysty. Ale trudno zaprzeczyć, że to Alien. Jest chyba najbardziej podobny do swego pierwowzoru. Delikatniejszy - tak, bardziej owocowy - tak, ale to Alien. Rewelacyjna trwałość jak na wodę toaletową.

Alien Sunessence EDT Legere - zdecydowanie cytryna i zdecydowanie cashmeran :D
Jest orzeźwiająco, jest słonecznie, jest drzewnie. Za to jest jakby najmniej Aliena w Alienie. Moim zdaniem ta wersja to najtrafniejsze połączenie zawartości z kolorem flakonu :)  To mój faworyt.

Alien Sunessence Edition Saphir Soleil EDT - to odmiana Aliena dla miłośników świeżości i morskich klimatów. Na początku wyczuwam świetnie oddany różowy grejpfrut i gorzką skórę pomelo. Ślina już mi cieknie, a dalej jest lepiej :D Jaśmin znany z klasyka (czy może kwiat monoi?)  nie jest już kilerem, ale po prostu pięknym bukietem. Baza jest wyjątkowa, coś na kształt morskiego powietrza podczas letniego popołudnia, lub drewna wyrzuconego przez morze i dobrze wysuszonego przez promienie słoneczne.

 
Alien Sunessence Edition Or d`Ambre EDT - tej postaci Aliena jestem najmniej przychylna. Może dlatego, że testowałam tylko jeden raz? Test pewnie powtórzę i sprawdzę, czy znów zemdli mnie od kwiatowo-waniliowej słodyczy. Nie doświadczyłam kiwi, nie było gorzkich tonikowych bąbelków. Za to było słodko i mdło w nadmiarze. Gdzieś tam spod kopca waniliny wyglądał Alien, ale jakiś taki niewyraźny ;)


To moje flakony:
wyczerpane wersje 2008 i 2009, z odrobiną jeszcze 2010 :D





Tradycyjnie już zapraszam do testów :)
I proszę o trzymanie kciuków w intencji "spodobania" mi się tegorocznej wersji ;)


[Zdj. 1-8 ze strony fragrantica.com]
[Zdj. 9-11 moich butelek]

Rozdanie płynnych marzeń

Bardzo miła wiadomość z rana.
Sabbath rozdaje na swoim blogu pachnące marzenia :)
Są to zestawy próbek: 




Więcej szczegółów u autorki:

Sabbath of Senses


Polecam gorąco, bo zapachy Sonoma Scent Studio są wyjątkowe i więcej niż warte poznania :D

3 cze 2011

Nie wszystko złoto, co się świeci

Marzyłam o flakonie :D
No tak, nic nowego. I mam.
I.... czuję się oszukana :(

Zacznę może od początku.
W roku 2009 marka La Prairie splata ulubione kobiece metale w pachnącą kolekcję: Life Threads. Platyna, Złoto i Srebro ukazują różne oblicza kobiecości....

Mamy więc Srebro (Silver) -  kwiatowo-drzewny zapach, w którym cytrusowe nuty głowy zostały połączone z kwiatowymi  nutami serca i ciepłymi, zmysłowymi nutami bazy.

Jest Złoto (Gold) - uwodzące orientalno-przyprawowymi nutami i słodkim aromatem owoców.

I ostatnia Platyna (Platinum) - łącząca eleganckie szyprowe nuty z luksusowymi kwiatami i skórzanymi niuansami.





Wspaniała kolekcja, która daje kobiecie możliwość dopasowania zapachu do każdego nastroju i każdej okazji; kolekcja, którą zamknięto w prostych, szklanych flakonach, oplecionych ręcznie srebrną, złotą, bądź platynową metalizowaną nicią.

Tyle teorii i materiałów prasowych.

Rzeczywistość, jak to często bywa, nie pokrywa się nawet w połowie z pięknymi założeniami :]
Flakony są ładne z daleka czy na zdjęciach. W bezpośrednim kontakcie tracą wiele. Szklana jest tylko wewnętrzna część, w której znajduje się płyn. Na to wcisnięty jest plastikowy kaftanik, a pod nim nici. Wątpliwej jakości. Metalowa tabliczka z nazwą plus atomizer są ok. Ale plastikowy koras to dopełnienie nieszczęsnego wyglądu. Flakon wydaje się bardzo nieporęczny. Tak bardzo czekałam na moją butelkę i tak bardzo się rozczarowałam :(





O zapachach Srebra i Platyny nie mogę nic napisać, bo ich nie znam.
Przetestowałam natomiast z niemałą ciekawością Złoto.
I tu moje kolejne rozczarowanie.
Miał być uwodzący orient i słodkie owocowe aromaty. Widziałam w spisie nut goździki, śliwkę, cynamon, paczulę i kadzidło! Czyli to wszystko, co najbardziej mnie w zapachach pociąga :D
Wietrzyłam wielkie dzieło i niezapomniane emocje.
No... to już się domyślacie, że tak nie jest??

Otwarcie jest krzykliwe i błyszczące, jak nowobogacka paniusia obwieszona złotymi łańcuchami. Trzy pierwsze sekundy zadziwienia - to Poison przecież!
Ale po chwili już nie, Gold jest dużo słodsze i delikatniejsze. Jakby Poisonowi oderwać jaja :]
Paniusia zabiera swoje złotka i idzie się bawić na inne podwórko, a nam towarzyszy wiejskie dziewczę, młode jeszcze, nieśmiałe trochę....
Dziewczę zabrało ze sobą kosz piknikowy, w którym ma trochę skarbów aby przełamać lody: słodką, dojrzałą śliwkę, soczystą mandarynkę, w drewnianym moździerzu odrobinę cynamonu i goździków, jakąś więdnącą różę i bukiecik konwalii. Posiedzi z nami trochę, pokręci się... Wciąż jeszcze czuje się niepewnie.... Przeniesie się na chwilkę na omszałego pniaka i zniknie....

Nie wiem, czy tylko ja mam pecha, czy zapach zachowuje się tak na wszystkich?
Wybucha z niezwykłą mocą, pokręci się chwilę na skórze i ucieka w popłochu.
Chciałabym aby potrwał dłużej, chciałabym móc przyjrzeć mu sie dokładniej. Chciałabym móc go wąchać!
Żałuję, bo zapowiadało się ciekawie.


Rok powstania: 2009
Nos: Constance Georges-Picot
Nuty zapachowe:głowy: mandarynka, śliwka, goździki
serca: pieprz, cynamon, kolendra, japońska róża, konwalia, ylang - ylang
bazy: cedr, paczula, mirra, wanilia, kadzidło


[Zdj. 1 ze strony fragrantica.com]
[Zdj. 2 mojego flakonu]

2 cze 2011

Coś miłego

Dziś dla odmiany parę miłych słów.

Mieliśmy święto. Państwowe. I kościelne.
Dzień wolny w każdym razie.
Wykorzystałam go w pełni: 
- było 'byczenie się' z bliskimi w domowych pieleszach :D
- było dobre jedzonko:



- była miła i kształcąca wycieczka do Neustadt an der Aisch:









To był naprawdę udany dzień.
Życzę sobie i Wam, aby jak najwięcej dobrych, udanych dni było przed nami :)



[zdj. moje zabawy z aparatem]

1 cze 2011

Sprawa brzydko pachnąca

Miałam nadzieję, że blog mój będzie poświęcony wyłącznie pięknym szkiełkom i zapachom.
Niestety, bardzo śmierdzaca sprawa wstrząsneła bloggerskim światem.

Dokładnie rzecz całą opisała Sabbath na swoim blogu:

http://sabbathofsenses.blogspot.com/2011/05/bardzo-nieprzyjemna-sprawa.html

Proszę, przeczytajcie uważnie!

I zareagujcie, jeśli potraficie.



W dzisiejszych czasach często idzie się "po trupach".
Jeśli jednak zostawia się za sobą drogę usłaną trupami sympatyków i przyjaciół, po dotarciu do celu można się lekko zdziwić :]
Bo jak świętować sukces samotnie?? Przecież to żaden SUKCES!!!



[zdj. ze strony świat-obrazków.pl]